Wolność to nie brak ograniczeń, a harmonia z sobą w całym spektrum własnego człowieczeństwa. Gdy ją odnajdziesz, przestaniesz czuć samotność w swojej psychice.
Wolna wola, w kontekście wertykalnego rozwoju, nie jest kapryśnym przyzwoleniem na podążanie za instynktami, ani libertariańską licencją na chaos. To nie prawo do nieskrępowanej swobody, gdzie popędy dyktują rytm życia. Taka postawa – zależna od impulsów zewnętrznych i wewnętrznych – prowadzi do zniewolenia. Sprowadza nas do marionetki w rękach losu, którego przebieg determinują przekonania, odczucia i emocje, czyli ta osławiona i nierozumiana karma. Życie przypomina wtedy bardziej chocholi taniec, niż bal przejawiający harmonię i piękno. Na poziomie Integracji Pierwotnej, tej w której egzystuje większość z nas, wolność kojarzona jest z zasadą: unikam trudu, dyskomfortu; szukam przyjemnych doznań. Cała egzystencja sprowadza się wówczas do ucieczki albo pogoni. Chyba tylko Amiszom udało się wyłamać z tego schematu, jednak oni zatrzymali się w swojej egzystencji niczym woda w stawie. Człowiek powinien być rwącym potokiem, w którym woda oczyszczana jest przez stawiające opór kamienie i wodospady przy których rozbryzgujące krople wody wyłaniają tęczę. Staw, gdy wytworzy odpowiedni ekosystem może przetrwać, ale na pewno jego wody nie połączą się z Oceanem.
Praprzyczyną destrukcyjnych schematów, podstępnych wirusów psychiki, automatyzujący reakcje. Zamykają przepływ energii libido ku transcendencji, tworząc w nas większe lub mniejsze sadzawki, w których lubimy się taplać jak małe dzieci. Ten mechanizm widać wyraźnie w Teorii Schematów Jeffreya Younga. Infantylny egocentryzm manifestuje się w trybach takich jak Roszczeniowe czy Impulsywne Dziecko. Owe tryby inicjowane są dobrze nam znanymi napięciami psychiki. Przykładowo – „Muszę to mieć!”
Jest to oczywisty absurd, którego nie sposób uzasadnić racjonalnie, zatem u osób o nieco bardziej wysublimowanym charakterze wkracza do akcji mechanizm obronny ego, mający na celu przykryć oczywistą infantylność: „tyle wysiłku kosztowało mnie dojście tu gdzie jestem”. Rodzi się pytanie – gdzie jesteś człowieku ? Czy nie czasami w nieco większej sadzawce, co każe ci myśleć, iż jesteś uprzywilejowany i masz prawo do zaspakajania wszelkich roszczeń ?
Egzystencja w sadzawce, chociażby nie wiem jak wielkiej, nie napawa dobrym samopoczuciem na dłuższy czas. Prędzej czy później czegoś nm brakuje, czujemy istotny brak egzystencjalnej przestrzeni. Poprawa samopoczucia staje się wówczas status quo naszego bytu. Nieważne jakim kosztem, wyzbywamy się nawet własnej autentyczności, a nierzadko poczucia godności, by zaspokoić niezidentyfikowany w sobie deficyt.
Najczęściej w takim położeniu rozpoczynana się długa droga naszego egzystencjalnego rozwoju. Właściwie to może się się rozpocząć o ile rzeczywistość zdoła utworzyć wyłom w mechanizmach obronnych egocentryzmu, na co oczywiście nie chcemy pozwolić. Z takiej pozycji rozwój wydaje się syzyfową pracą i często przebiega zgodnie z tym mitem znanym na całym świecie. Obnażenie korzenia toksycznych zachowań, co czynię w eseju boli, nie służy ratowaniu i tak zrujnowanego bezsensowną egzystencją samopoczucia. A jednak Prawa ma wyzwalającą moc, a ból który być może pojawia się w psychice jest niczym dobre lekarstwo. Ono zazwyczaj jest gorzkie, przynajmniej takie bywało do czasu, gdy nauczyliśmy się maskować gorycz niezdrowej egzystencji. W kryzysie skutkującym dezintegracją naszych przekonań, poczucia tożsamości może pojawić się światło, o ile grzecznie połkniemy lekarstwo.
Gdy stajemy na rozstaju dróg - komfort tudzież wyzwanie - mamy szansę ruszyć wąską ścieżką ku wzniesieniom, by ujrzeć piękne horyzonty lub pójść szeroką, wymoszczoną drogą przyłączając się do przechodzącego taboru. Wybór trudniejszej drogi uwalnia naszą wolę od determinizmu biologicznego i schematu napędzanego przyzwyczajeniem do życia w sadzawce.
Kotwica bezpieczeństwa tożsamości
W symfonii ludzkich odczuć, ból wzrostu jest dysonansem, który jest niezbędnym kontrapunktem, oddzielającym autentyczną ścieżkę od hedonistycznych miraży. Nie istnieje moralność, realność ani autonomiczna tożsamość bez konfrontacji z cierpieniem: tym ostrym skalpelem, który rozcina iluzje, obnażając esencję. W epoce, gdzie granica między wirtualnym a realnym rozmywa się w cyfrowej mgle, ból pozostaje kotwicą – nienaruszalnym dowodem istnienia, poddania Obiektywnym Prawom, a nie kaprysom biologicznej determinacji czy działania algorytmów. Społeczeństwo masowo ucieka w wirtualne sanktuaria, gdzie cierpienie jest odfiltrowane, a Prawda zneutralizowana natłokiem rozrywki. Panuje toksyczny pozytywizm – ideologia szczęścia za wszelką cenę, który stanowi narkozę dla duszy, uśmiercająca ból moralny, sygnał istnienia duchowego życia w nas. Cierpienie jest grawitacją tożsamości, utrzymującą nas na ziemi pośród obietnic cyfrowej lewitacji. Całe masy pragną takiej ucieczki z pewnego prostego powodu.
Na niższych poziomach rozwoju, ból zewnętrzny – wynikający ze strat, niesprawiedliwości, uderzeń w ego – zadaje rany czasem frustruje, a brak umiejętności adaptacji trudu utrwala mechanizm ucieczki. Dopiero gdy następuje zmiana egzystencjalnego imperatywu, wola sublimuje trud w rozwój, przekierowując energię na samowychowanie, twórczość czy altruizm. Ból moralny jest zatem kluczowy. Niepokój z rozbieżności między ideałem a rzeczywistością staje się paliwem dla zmiany, która uszlachetni duszę. Na szczycie tego procesu ból ulega transformacji w Miłość Agape – troskę o ludzkość. Nabycie globalnej odpowiedzialności jest ostatecznym znakiem przekroczenia „Ja”, gdy jednostka bierze na siebie ciężar świata, rezonując z uniwersalną Prawdą.
Nie ma łatwej drogi na szczyt, bo on nie jest zewnętrznym trofeum, lecz wewnętrznym sanktuarium – owocem lat anonimowej ascezy, gdzie ból staje się piecem, a wola – kowalem duszy. Tam, w ciszy własnego warsztatu, człowiek wie, kim jest. I to wystarcza, by stawić czoła Trudowi Istnienia.