woman with brown hair covering her face with white knit textile

Ciemnia egocentryzmu

07 grudnia 2025

    Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że stoisz w hałaśliwej, dyskotekowej hali, gdzie powietrze wibruje od przenikliwego beatu, który harmonizuje energię libido uczestników tańca. Światło nie jest spójne; raczej chaotyczne, pulsacyjne neony i błyski stroboskopu, które wyrywają z mroku fragmenty twarzy, pozy ciał i zalotnych uśmiechów, po czym znów skrywają rzeczywistość w mroku. Parkiet jest pełny, lecz każdy tańczy osobno, polując na chwilową walidację: flirt, podziw, przypadkowy dotyk – krótkotrwałą transakcję, która ma zaspokoić potrzebę uwagi czy pożądania. Głośna muzyki zagłusza myśli, a mroczne zaułki hali kryją sekrety, których nikt nie zamierza odkrywać. Żadna osoba nie kwestionuje tego chaosu. Nikt nie patrzy na zegarek, dopóki biologiczny alarm nie zasygnalizuje zmęczenia, zabawa trwa. Spójrz oczami wyobraźni w górę, poza te migoczące neony. Czy ta jarząca się przestrzeń to już światło, czy może celowo zaprojektowana ciemnia, gdzie hałas maskuje pustkę. Rozjuszony szarą prozą życia tłum zabija nudę, obok parkietu uśmierza alkoholem bezsens egzystencji. Czeka ich jeszcze droga powrotna do domu. Oby przytulnego i wypełnionego bliskimi. Kończy się weekend, jutro znowu pobudka o piątej trzydzieści.

Czy ta, być może przerysowana metafora, nie przypomina czasami życia większości z nas? Bytu, w którym tylko w weekendy niby wszystko działa, lecz monotonia dnia przyprawia o mdłości. Wstajemy co dzień rano, by wykonywać mnóstwo zajęć wywołujących w nas zwyczajnie pogardę, bowiem rozciągają nam w nieskończoność czas do następnej soboty. O czym co rusz przypomina nam dwoje prowadzących w samochodowym radiu, którzy na przekór wszystkiemu zawsze są infantylnie szczęśliwi i takim samym nastrojem starają się zarazić słuchaczy. Praca w korporacji, na taśmie, sprzątanie biur, gotowanie dla rodziny – a przyjemności uciekają przez palce jedna po drugiej. Gdzieś w tyle głowy czai się ciche pytanie - Czy to wszystko, czy dostanę od życia coś więcej ?

Kazimierz Dąbrowski, wybitny polski psychiatra, który przetrwał wojnę i okupację, znał również osobiście Janusza Korczaka, którego jakby mógł zaliczyłby do panteonu świętych, zapewne rozumiał życie. Wprowadzając do publicznego obiegu termin Trud Istnienia wiedział co robi. Nazwał też stan bytu, który opisałem powyżej jako Integracja Pierwotna. Wedle profesora nie jest to jednak poziom porażki; to stabilny fundament egzystencji w świecie fizycznym, lecz pokryty mgłą ignorancji, w której większość się porusza starając się jak najlepiej zaadaptować. Mało komu przyjdzie na myśl wydostanie się z mglistych bagien i przeniesienie się na wyżyny. Trzeba jednak przyznać wprost, ludzie tak usposobieni rządzą światem, zdobywają trofea, osiągają szczyty kariery. Jeżeli nie są w stanie z powodu uwarunkowań od nich niezależnych, popadają w rozgoryczenie czy frustrację. Nienawidzą tych, którym się udało, po cichu ich jednak podziwiają, starają się naśladować. I nikomu tu nie przyjdzie do głowy, że pomimo sukcesów, większość tak naprawdę bytuje dopiero na parterze budowli, w której profesor Dąbrowski zaprojektował pięć poziomów rozwoju. W większości stoimy na wypolerowanej, marmurowej podłodze parteru przekonani, że to szczyt naszych osiągnięć. Ale co, jeśli prawdziwy taniec życia zaczyna się wyżej, gdzie muzyka przestaje być tylko pierwotnym rytmem, a staje się symfonią. Może nawet odkryjemy w sobie potencjał, który pozwoli ją współtworzyć. Bez wątpienia czerpiąc inspirację z pokory wykuwanej w żmudnej, pokrytej kurzem codzienności tak będzie. Potrzebna nam będzie jeszcze wolna wola ukierunkowana na Miłość.

 

     

    W dyskotece życia wola jest tak naprawdę zniewolona. Wszyscy tańczą zdeterminowani zadanym rytmem, niczym stado zebr biegną na oślep w chwili zagrożenia synchronicznie zmieniając kierunek. Biologiczny imperatyw dyktuje tempo oraz kroki – unikać bólu, mnożyć przyjemność, gromadzić zasoby, utrzymać się na powierzchni. Sigmund Freud nazwałby to panowaniem libido, tą prastarą siłą, która pcha nas ku przetrwaniu, ale nie daje poczucia sensu ani motywacji do podejmowania Trudu Istnienia. Zatem nie rodzi w sercu żadnych dylematów moralnych, pcha nas tylko do maksymalnego wyżycia. Dąbrowski potwierdza, że na poziomie pierwotnym nie ma konfliktu, bo nie ma świadomości moralnej. Działamy tu z automatyzmu, z precyzją zegara, który tyka, nie wiedząc, po co odmierza godziny. Wstajemy o świcie tylko po to, by pracować. Jeżeli ktokolwiek w tym momencie pomyślał, że kwestionuję sens takiego życia, głęboko się myli. Mój nieżyjący już tato, człowiek o wielkich, twardych dłoniach, któremu nieobcy był smar na palcach i kurz we włosach, nauczył mnie pokory dla pracy. Pracę trzeba kochać rzekł pewnego razu, gdy dostrzegł u mnie oportunizm. Jego wciąż zabrudzone ubrania świadczyły, że lubił pogrążać się w codziennym trudzie. Akceptował też trwanie w swojej monotonii, egzystencjalnej stagnacji jaką sobie wymościł. Lecz czy trwanie w zastoju, nawet wydawałoby się pożytecznym nie jest czasem straconym? Jego sukces polegający na godnie przetrwanym dniu bez wątpienia zasługuje na mój szacunek. Jednak nieprzepracowane emocje, surowość charakteru, wewnętrzna tęsknota, bytowe obawy i wewnętrzne rozterki, nieraz nazbyt szczera oziębłość emocjonalna coraz dobitniej dawała mi do zrozumienia, że z jego życiem coś jednak było nie tak. Długo nie byłem w stanie sobie odpowiedzieć co to było. Dlaczego ludzie obdarzeni taką estymą dla pracy są tacy grubo ciosani, pomimo niewątpliwej poczciwości jaką czasami epatowali. Teraz już nie mam wątpliwości. Zniszczyła go egocentryczna motywacja swojego trudu, rutyna życia, bezwzględność i chłód panujący na parterze, na którym najchętniej spędzał czas życia. Siadał sobie na krzesełku przed domem i całymi godzinami, zamyślony, z zahibernowanym wzrokiem odpoczywał w zaułkach ambiwalentnych wspomnień i poniesionych porażek trzymając w ręku butelkę piwa. I tak Cię kocham tato, żeby nie było wątpliwości.

 

Istota egzystencji na parterze, to głośna hala, może biuro, fabryka i dom, gdzie czynności są taśmowe. Wstajesz, aby produkować, konsumować, powtarzać, przypominać sobie o czymś, ale nigdy żeby po prostu być. Gdzieś na dnie duszy kreatywność, ten boski dar sprowadzony do wydajności i optymalizacji procesów, goreje w samotności. Tworzysz raporty, mając za nic sztukę. Budujesz dochód, ale źle lokujesz jego sens. Neony dyskoteki skrywają żmudną prozę dnia, maskując cienie, które oznaczają nie tylko uwierające kamienie, ale również zepchniętą w niebyt podświadomości wrażliwość. Automatyzm staje się złotą klatką, a rutyna – wyrokiem. Dla robotnika z popękanymi dłońmi, dla matki, której ręce pachną mydłem po zapieraniu dziecięcych ubranek, dla kierowcy z kurzem we włosach – to szara proza, która owszem uczy pokory. Nie przez traktaty filozoficzne, lecz przez żmudną powtarzalność, która miele duszę jak maszyna. Czy jednak o taką pokorę chodzi w autentycznym życiu, pokrytą rdzą goryczy i żalu straconych lat życia ? Czy może jednak pokora powinna wynikać ze świadomości wewnętrznej siły, z głębokiego poczucia godności i Mądrości życia. By tak było, nasze dni nie powinny być sekwencją zadań, które "musisz" wykonać, aby utrzymać iluzję stabilności. Człowiek, który naprawdę zrozumiał sens życia chce je wykonywać, pomimo i na przekór. Bierze swój krzyż codziennie na ramiona całując go wpierw w porannej modlitwie. Bo tylko wtedy może przekuć ciężar dnia w autentyczne błogosławieństwo. W ciemni egocentryzmu takie podejście nie ma racji bytu. Proza uwiera tu każdego wywołując bąble na duszy, od prezesa po sprzątaczkę. Dlatego muszą od czasu do czasu odwiedzić hałaśliwą dyskotekę.